Szukaj

Trudny orzech do zgryzienia, czyli pierwsza próba barwienia tkanin

Paulina, 25 czerwiec 2020
Trudny orzech do zgryzienia, czyli pierwsza próba barwienia tkanin

Staram się słuchać swoich klientek i brać pod uwagę ich zdanie. W końcu - to dzięki nim mogę utrzymywać się z tego, co kocham. Dodawałam do sklepu kolejne produkty do haftu, jednak była jedna rzecz, niemal święty Graal, o który dostawałam chyba najwięcej wiadomości i zapytań.

Mowa o tkaninie do haftu.

Jeśli same zajmujecie się haftem, to na pewno wiecie, jak ważny jest wybór odpowiedniej tkaniny. Oczywiście. Da się haftować na wszystkim, ale są takie materiały, na których pracuje się zdecydowanie przyjemniej. Jednym z nich jest na pewno bawełna o odpowiednio grubym splocie.

W końcu, stało się - zamówiłam z hurtowni pół belki białej bawełny. Po jakimś czasie przyszła pora na różne kolory. Był niebieski, różowy, fioletowy, czy czarny. Wszystkie rozeszły się niemal na pniu.

Jednak ja, zamiast cieszyć się, że trafiłam w gusta i potrzeby klientek, że sprzedaż rośnie, a klientów przybywa - zaczęłam myśleć.


Co z ekologią?

Jeśli obserwujecie mnie od jakiegoś czasu, pewnie wiecie, że staram się żyć jak najbardziej ekologicznie i również w tym duchu prowadzić swój biznes. Dlatego, pakując kolejne metry zamówionej przez klientki tkaniny, mimowolnie przypominałam sobie wszystkie przeczytane artykuły o tym, jak wiele wody zużywa się do produkcji chociażby metra bawełny. O związkach chemicznych i sztucznych barwnikach, które lądują w wodzie i ziemi. Moje zielone serduszko czuło, że to raczej nie jest droga, którą chciałabym iść.

Jako zapalona bywalczyni lumpeksowych salonów wiem również, jak wiele dobrej jakościowo bawełny, czy lnu, można dostać tam za niewielkie pieniądze. Niechciane poszewki na kołdry, pościele, zasłony, obrusy... Skoro w second handzie można kupić zdatny do użytku materiał, to po co zamawiać kolejne belki z hurtowni i przyczyniać się do degradacji środowiska?


Trudny problem, proste rozwiązanie

Postanowiłam zatem przestać ściągać do sklepu kolejnych metrów bawełny z hurtowni. Jako, iż lubię utrudniać sobie życie, a i czasu najwidoczniej mam za wiele, stwierdziłam, że od tej pory będę dodawać do Mereshki jedynie tkaniny pochodzące z drugiej ręki. Nie czekałam długo i od razu zrobiłam rundkę po kilku okolicznych szmateksach. Oczywiście po to, by sprawdzić, czy dostanę w nich niemal od ręki interesujące mnie materiały. Wcale nie chodziło o nową dostawę letnich rzeczy ;) Los jakby przyklaskiwał mi od samego początku i bez problemu wygrzebałam w wielkich koszach kilka bawełnianych prześcieradeł, poszew na poduszki i kołdry. Po wypraniu i pocięciu na odpowiednio duże kawałki, od razu gotowych do użycia.

Był jednak jeden problem - wszystkie były białe.

Pomysł na to, jak sprawić, by nie były długo białe, przyszedł wraz z zamówionymi od zdolnej Kasi z Eastern Art ręcznie barwionych roślinami tkanin i mulin. Miałam okazję ich dotknąć, powąchać, zobaczyć na własne oczy ich fakturę, ich piękno i niepowtarzalność. Nie mogłam uwierzyć, że pestka awokado daje różowy kolor, a orzech - szary. Nie mieściło mi się w głowie, jak niesamowite odcienie można wydobyć z roślin, które rosną w ogródku pod blokiem, lub - jeszcze bliżej - które zalegają w lodówce, czy domowej spiżarni.

Jeszcze raz zerknęłam na farbowane tkaniny od Kasi i... chyba się zakochałam. Wiedziałam, że spróbuję zafarbować coś własnoręcznie. To, czego nie wiedziałam, to to, że przepadnę na amen na kolejne kilkanaście dni.


Naturalne barwienie tkanin

Przejrzałam kilka stron internetowych, poczytałam artykuły i naiwnie stwierdziłam, że to chyba nie jest takie trudne. Na liście naturalnych barwników znalazłam mnóstwo niewinnych, pospolitych rzeczy: kurkumę, łupiny cebuli, szpinak, buraki, marchew, a także... orzechy włoskie. Orzechy, które leżały w mojej kuchni od jesieni zeszłego roku i patrzyły na mnie oskarżycielsko, wciąż czekając na obranie. Rzuciłam w kąt wszystkie rozpoczęte projekty i nie tracąc ani chwili, zabrałam się za usuwanie łupin metodą siłową. Po dwóch godzinach i jednym złamanym paznokciu, miałam całkiem spory woreczek orzechowych łupin. I niesamowicie brudne palce, co nieźle wróżyło na przyszłość, biorąc pod uwagę to, co zamierzałam właśnie zrobić.

Uzbrojona w szczątki wiedzy na temat mojego nowego hobby (ale za to w wiele zapału), wrzuciłam wszystkie łupiny do wielkiego garnka, zalałam wodą i zaczęłam gotować na wolnym ogniu, by zrobić orzechową zupę. Nie, żartuję - po prostu chciałam wycisnąć z nich jak najwięcej cennego barwnika.

Jednocześnie zaczęłam przygotowywać do barwienia wypraną i wysuszoną bawełnę. Ją również zalałam wodą, dolałam trochę octu (spojler - jest to aromat, który na stałe wpisał się w wystrój mojego mieszkania) i wstawiłam na gaz. Wyczytałam bowiem, że należy tak uczynić, by wypłukać z materiału resztki znajdujących się w nim chemikaliów i przygotować tkaninę do dalszej obróbki. Obie mieszanki pyrkały sobie wesoło na gazie przez około dwie godziny. Bawełnę wyjęłam z wody i opłukałam. Orzechowy kompocik rozlałam natomiast do trzech wiader/misek, które skutecznie zajęły połowę wolnego miejsca na podłodze w kuchni. Na tym etapie wlałam do nich samą orzechową wodę, a łupiny odcedziłam i przezornie odłożyłam na bok. Do każdej miski włożyłam po kawałku przygotowanej wcześniej bawełny. Ponadto, w jednej misce wylądował kawałek żelaznego pręta, w drugiej garść obranych miedzianych kabli. Wyczytałam bowiem, że siarczan miedzi oraz siarczan żelaza wpływa na zmianę koloru. Niestety, żadnego z tych środków w domu nie miałam, ale artykuł podsunął rozwiązanie - wrzucić do garnka zardzewiałe gwoździe, czy kawałek miedzianej rurki.


Odłożyłam całość na noc i z niecierpliwością czekałam na te niesamowite efekty.

Niestety, dość szybko się przekonałam, że barwienie tkanin wymaga tyle samo (ile nie więcej) cierpliwości, co haftowanie. Owszem, bawełna zabarwiła się delikatnie. Bardzo delikatnie. Żeby nie powiedzieć - niezauważalnie. Zdecydowanie za mało, jak na moje wymagania i bardzo wygórowane oczekiwania. Cały eksperyment transmitowałam na swoim Instagramie, trochę skarżyłam się na brak efektów i bardzo szybko dostałam kilka wiadomości z podpowiedziami. Dziewczyny pisały, by do mieszanki dodać ocet. Rozlałam zatem ocet do trzech wiader (zapach przybrał na sile). Powrzucałam do nich również odcedzone wcześniej łupiny orzechów i zostawiłam moje kiszonki na cały dzień i kolejną noc.


Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym co chwilę nie podchodziła do apetycznie pachnących wiader (żarcik) i nie sprawdzała efektów. Bo a nuż tkanina osiągnęła upragniony przeze mnie odcień w przeciągu ostatnich pięciu minut? Fakt, zabarwiała się coraz mocniej. Co więcej, niemal od razu można było dostrzec różnicę w kolorze pomiędzy mieszanką z żelazem, a dwiema pozostałymi. Ta z żelazem była szara, niemal czarna. Dwie pozostałe - miały zdecydowanie jaśniejszy odcień ciepłego beżu.

Następnego ranka ogłosiłam sukces - początkowo białe tkaniny białe już nie były. Te z mieszanki orzecha z żelazem przybrały piękny szary odcień, natomiast pozostałe były beżowe, w delikatnym ciepłym kolorze. Nie zauważyłam żadnej wielkiej różnicy w barwie między mieszanką z miedzią, a samym orzechem.

Wyciągnęłam moją bawełnę, wraz z muliną i kilkoma sztukami naturalnych nici, które wrzuciłam do swojego barwierskiego kotła. Wszystko dobrze opłukałam, pozbywając się resztek łupin i czarnych farfocli. Wraz z nimi wypłukało się trochę koloru, ale akurat tego się spodziewałam. Większość materiału od razu rozwiesiłam na suszarce, ale dwa kawałki postanowiłam poświęcić i wrzuciłam je do pralki na szybkie pranie z dodatkiem delikatnego detergentu. Po wyciągnięciu tkanin z pralki ogłosiłam kolejny sukces - kolor się nie wypłukał!


Wnioski

Jak oceniam swój mały eksperyment z ręcznym barwieniem tkanin naturalnymi sposobami? Jak najbardziej na plus! Oczywiście, osoba obeznana w temacie na pewno miałaby dużo do powiedzenia na temat potencjalnych baboli, które popełniłam, ale dla mnie najważniejsze jest jedno - miałam białą tkaninę, a teraz mam szarą i beżową. I to za pomocą tylko jednego barwnika! Magia!

Na zdjęciach poniżej możecie same zobaczyć efekty mojej pracy.

Bawełna wyjęta z kąpieli w samych orzechowych łupinach.

Zupełnie inny, szary odcień z mieszanki orzecha z żelazem.

Tutaj możecie natomiast zobaczyć, jakie odcienie przybrały bawełniane muliny i nici.

Teraz już wiem o kilku błędach, które popełniłam podczas tego eksperymentu. Na pewno włożyłam za dużo materiału do za małej ilości kiszonki. Materiał był za bardzo ściśnięty i w miejscach, gdzie dostało się więcej barwnika, materiał jest delikatnie ciemniejszy. Ciemniejsze plamy pojawiły się również na materiale z mieszanki z żelazem, w miejscach, gdzie bawełna stykała się z żelaznym prętem

Dowiedziałam się również, że całe łupiny orzecha, jeszcze w tej zielonej, zewnętrznej otoczce, dają dużo więcej koloru. Wzięłam to, co miałam pod ręką, jednak kusi mnie spróbowanie, jak wyglądałby materiał zabarwiony właśnie tą zieloną skorupką.

Nie jestem również pewna, czy łupiny orzecha to dobry wybór, jak na pierwsze eksperymenty z barwieniem tkanin. Owszem, uzyskałam kolor, ale jest on delikatny, a ja, jak to ja, marzyłam od razu o soczystej, intensywnej barwie. Z drugiej jednak strony, niesamowicie było doświadczyć, jak bardzo potrafi zmienić się barwa mieszanki po dodaniu tylko jednego składnika - żelaza.

Jednak, jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, na pewno już wiecie, że w ogóle się nie zraziłam i na tej pierwszej próbie barwienia naturą się nie skończyło. Niedługo opowiem Wam o kolejnych mieszankach i barwnikach :) Jeśli nie możecie się doczekać artykułu - nie zapomnijcie zaobserwować mnie na Instagramie. W relacjach na bieżąco dzielę się tym, co dzieje się w moim malutkim barwierskim kotle (wszystkie poprzednie relacje znajdziecie tutaj).

Do usłyszenia już niebawem :)

Koszyk

Twój koszyk jest pusty

Wybierz pierwszy produkt